poniedziałek, 13 maja 2013

No i nie wygadałam się dnia następnego, bo pojawiły się problemy z logowaniem się na bloga. Problemy na szczęście rozwiązano i dzisiaj poszło już dobrze.

Jesteśmy po komunii, ale niestety nie po zapaleniu oskrzeli:) Co prawda pani doktor stwierdziła, że leczenie idzie dobrze, ale do końca jeszcze kilka dni pewnie trzeba będzie poczekać. Myślę pozytywnie, zastanawiając się tylko, co zastanę po tak długiej nieobecności w pracy:)

Matura na razie OK, najgorsze (czyli polski) za nami. Przed nami (jutro) geografia rozszerzona, ale to przecież ulubiony przedmiot syna, więc chyba kompromitacji nie zaliczy.
Ogólnie ciężki tydzień za nami, przeżyliśmy, teraz może być tylko lepiej.

Ponieważ jedno z dzieci kończy ważny etap edukacji, znowu wracają myśli o polskiej szkole.
Wszystkie reformy szkolnictwa, mam wrażenie, tylko psują coraz więcej. Tak jakoś nie przypominam sobie, aby za moich czasów szkoła była na tak niskim poziomie, że trzeba by było ją bez przerwy ulepszać.  Znowu można powiedzieć, że chcieliśmy dobrze a wyszło jak zwykle. Program nauczania zarówno w szkole podstawowej, jak i w gimnazjum i liceum jest moim zdaniem ułożony co najmniej dziwnie. Mam dobry przegląd z uwagi na rozstrzał wiekowy moich dzieci (19 i 8 lat). Oboje z mężem jakieś tam niezłe wykształcenie zdobyliśmy i potrafimy pewne rzeczy ocenić. Nigdy nie patrzyłam na te sprawy subiektywnie, pod kątem predyspozycji moich synów, starałam się naprawdę zrozumieć taki a nie inny dobór lektur na przykład. No, ale jak zobaczyłam Szekspira "Romeo i Julię" bodajże w I klasie gimnazjum to mi szczęka opadła. Konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy, dlaczego to jest lektura dla DZIECI??? Czy "młodzież" 14-letnia jest na tyle dojrzała emocjonalnie, aby zrozumieć ten piękny przecież dramat??? Z opowieści syna wnioskuję, że chyba nie bardzo.......

Wiem, że każdy Polak uwielbia reformować służbę zdrowia, szkolnictwo, i tak dalej, ale trudno się właściwie dziwić, że najłatwiej krytykować to, co nas dotyka tak bardzo bezpośrednio. I według mnie nie wszystko w służbie zdrowia i szkolnictwie dzieje się źle w wyniku braku pieniędzy. Czasem wystarczyłoby trochę pomyśleć.

Mam taki ciekawy przykład sprzed kilku lat, kiedy to zimą mroźną mój syn zerwał ścięgno na lekcji w-f i musiałam udać się z nim na tzw. oddział ratunkowy w szpitalu, a potem na założenie gipsu.
No i panie i panowie, pod drzwiami stało 5 (słownie pięć) krzesełek, oczywiście zajętych, a dookoła ściany były podparte przez ludzi w różnym wieku, z różnymi uszkodzeniami kończyn (przypominam, że zima była mroźna a chodniki śliskie). Kolejka liczyła około 25 osób. Na korytarzu nie było również żadnego wieszaka na okrycia wierzchnie, a temperatura wynosiła jakieś 23 stopnie. Pielęgniarki biegały w fartuszkach z krótkim rękawem. Ja stałam pod ścianą, jedną ręką starałam się podpierać syna (15 lat, wyższy ode mnie o jakieś 15 cm) stojącego na jednej nodze, a w drugiej ręce trzymałam 2 kurtki (czapki, szaliki i rękawice poupychane po kieszeniach i w rękawach), torebkę, zdjęcie RTG i skierowanie. Jak przyszła kolej na nas, to mój syn nadawał się do gipsu, a ja do psychiatry:)
Brak pieniędzy??? A guzik!! Ile kosztują krzesełka i wieszak?? Tylko niestety, dyrektor szpitala musiałby wychylić się ze swojego gabinetu i popatrzeć na tych zmęczonych, spoconych i CHORYCH pacjentów jak na ludzi.

Podejrzewam, że tego typu przykładów każdy z nas potrafiłby wymienić całe mnóstwo. Ja do tego stopnia jestem do służby zdrowia zrażona, że płacę za każdą już usługę medyczną. Jeżeli muszę skorzystać z publicznej służby zdrowia (na przykład badania laboratoryjne - mimo płatnego skierowania od lekarza "prywatnego" czekam razem ze wszystkimi w horrendalnych kolejkach do laboratorium około 2 godzin) czuję się po prostu upokorzona.

Iwonna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz